Fragmenty pamiętnika.

Jestem Akmed I Gotfryd IV el Suf el Visel. Mam 46 lat. Urodziłem się w Zillah, w zamku cesarzowej, mojej matki, 5 września 1352 roku. Matka moja, Maria była z domu de Paehaux, ojciec Roger IV Salim był cesarzem od roku 1357 do 1373. Babka ze strony matki była księżniczką tautyńską z rodu El Visel, miała na imię Hanah. Do dwunastego roku życia uczył mnie mistrz Albin z Chrześcijańskiego Kolegium Ojców Cystersów w Cyncie, potem ukończyłem szkołę dla kadetów na rycerzy zakonnych w komandorii templariuszy w Luquor a następnie odbyłem roczne szkolenie w szkole wojskowej pułków pustynnych w Zillah. W 1367 roku zostałem zaprzysiężony na Mistrza Zakonu Św. Leonarda.

W latach 1368-1370 przebywałem na dworze mojego ojca, cesarza Rogera IV Salima. Odbyłem w tym czasie trzymiesięczną podróż do Królestwa Abisynii, dowodziłem wojskiem w twierdzy Naka Naka i Obum Karak. Odbyłem wiele wypraw rozpoznawczych na południe i na zachód, stoczyłem również kilkanaście potyczek z podjazdami sułtanatów z zachodu. W 1372 roku powróciłem do Cynty aby wspomóc w rządzeniu niedomagającego już ojca. Zostałem wicekrólem a w połowie roku 1373 cesarzem, mając 21 lat. Koronował mnie patriarcha Cynty Jan VII w archikatedrze cyntyńskiej.

Od tegoż czasu jestem cesarzem Celty i Frydii, wielkim mistrzem zakonu św. Leonarda, baronem Cynty.

Cynta. Pałac cesarski, 2 lipca 1398r

Wstałem z lekkim bólem głowy. Zbyt późno położyłem się na spoczynek i zbyt dużo wina wypiłem po wieczerzy. Wierny Zigurid zaparzył mi jakichś ziółek, od których traciłem ochotę do jedzenia ale przechodził ból głowy. Do komnaty wpadały promienie wschodzącego słońca. Klęknąłem i odmówiłem modlitwę. Potem umyłem twarz i ręce, wdziałem szaty przygotowane przez służbę. Nałożyłem lekką tunikę bez ozdób i proste ale wygodne buty ze skórzanych rzemieni. Do tego pas wybijany złotymi cekinami, za który założyłem wysadzany kamieniami niewielki buzdygan a na szyję łańcuch złoty z cesarską pieczęcią oprawioną w złotej ramce. Przystanąłem w oknie i patrzyłem na błękitną wodę po której sunął wolno jakiś duży okręt. Z powodu odległości wydawał się tkwić w miejscu, choć jego żagle wzdęły się od wiatru. Podążał w kierunku otwartego portu. Ciekawe skąd przybywa, co widzieli jego pasażerowie, z jakimi stronami się zetknęli. Nie było widać czy to mój okręt czy obcy, za daleko. Choć podobny był do naszych halerów. Zadumałem się.

Pięć dni temu minęło 25 lat odkąd zostałem cesarzem. Dwadzieścia pięć lat pełnych trudów rządzenia. Starań o utrzymanie jedności i niezależności państwa. Godziłem wewnętrzne spory między możnymi, miedzy mistrzami zakonów i biskupami, między samymi zakonami, między chrześcijanami a mniejszościami innych wyznań. Czasami nie było innej drogi jak uciec się do autorytetu cesarza i wydania dekretu, które ucinał spory i rozstrzygał je w sposób absolutny. Nie chciałem jednak zbyt często używać swojej niepodważalnej władzy. W końcu mieliśmy prawo. Prawo, które zaczął spisywać mój przodek Salim Roger IV el Suf de Eghezee w 1244 roku, i które umacniali i rozwijali jego następcy włącznie ze mną.

Do trudów rządzenia państwem wewnątrz doszły problemy na zewnątrz. Mieliśmy nieprzyjaznych sąsiadów na zachodzie i południu a także za morzem, którzy czyhali na naszą zgubę. Nieprzyjaznych i nieprzejednanych bo walczących z nami w imię swojej, jedynie prawdziwej - w ich mniemaniu – wiary. Z zamyślenia wyrwał mnie sługa. Zigurid zapytał czy zechcę zjeść śniadanie tutaj czy w jadalni. Zapytałem czy moja małżonka Akmena już wstała. Spała jeszcze. Podobnie jak nasza dwunastoletnia córka Gotfryda. Obie miały komnaty położone na drugim skrzydle najwyższego piętra zamku. Na myśl o moich kobietach uśmiechnąłem się ciepło. Jednak dobrze mieć kogoś bliskiego, kto okazuje tyle miłości. I dobrze jest samemu kochać bo bez miłości człowiek jest pusty. Jak wydrążona łupina orzecha, bez wartości i bez pożytku dla kogokolwiek.

Skromne śniadanie zjadłem w jadalni. Minąłem komnaty małżonki i córki i zszedłem niżej. Była wczesna pora ale w zielonej komnacie czekali już: strażnik pieczęci Jonas de Guitere i pierwszy pisarz Michandani. Jonas wstał szybko, na mój widok skłonił się i przywitał. Jak co dzień usiadłem na krześle na końcu długiego stołu a oni obok i zaczęliśmy zwykły dzień pracy. Najpierw listy które dotarły w nocy, potem wieści przyniesione przez posłańców, wiadomości z miasta, portu, z samego zamku. Wśród listów zapieczętowane pismo z miasta Dadae, napisane przez sądowego pisarza w imieniu żony o ułaskawienie męża skazanego za morderstwo na 30 lat więzienia. Poleciłem Jonasowi zbadać sprawę i przyjść z nią znowu. Potem napomknąłem mu o statku, który widziałem rano zdążający do portu. Nie wiedział nic o nim więc też kazałem mu to wyjaśnić. Przeczytałem resztę listów, jeden adresowany był do mojej żony i kazałem go jej oddać.

Strażnik pieczęci wyszedł a ja kazałem poprosić pierwszego sekretarza. Kiedy wchodził zobaczyłem, że za drzwiami kręci się jeszcze kilka osób i zapytałem go co to za ludzie. Powiedział, że czeka tam jeszcze posłaniec od dowódcy twierdzy Świętego Józefa a także jakiś arabski kupiec, który już tu bywał wcześniej. Okazał się zresztą specjalnym listem podpisanym przeze mnie. Kiedy załatwiłem sprawy z sekretarzem a chodziło o obrady Wielkiej Kapituły, które wyznaczyłem za trzy tygodnie, poprosiłem najpierw posłańca z pustyni a na końcu kupca. Posłaniec przywiózł list od dowódcy twierdzy, hrabiego Lauta de Krinix – prosił w nim o wsparcie załogi w postaci ludzi, pocisków i żywności. Rozkazałem pisarzowi, aby polecił w moim imieniu Wielkiemu Marszałkowi, ażeby ten przedstawił mi do zachodu słońca plan uzupełnień w ludziach i ekwipunku po czym kazałem wpuścić kupca. Znałem go bardzo dobrze. Selim Bin-Amin był nie tylko kupcem – coraz bogatszym także dzięki wynagrodzeniom z mojego skarbca – ale i moim szpiegiem. Semir, muzułmanin, przemierzał swoimi karawanami Sudan i Egipt, docierał do Jerozolimy i Syrii. Jako źródło wiedzy o otaczającym cesarstwo świecie był nieoceniony, choć nie jedyny. Byli jeszcze inni informatorzy i tylko dzięki porównywaniu ze sobą ich relacji można było wyciągać wnioski i mieć jako taki prawdziwy obraz rzeczywistości.

Po oficjalnym powitaniu rozkazałem pisarzowi aby nas zostawił samych. Przy drzwiach stali jak zwykle żołnierze z Królestwa Widżajanagaru a my rozmawialiśmy po semirsku w, języku ojczystym mojej żony, więc z pewnością niczego nie rozumieli i mogliśmy pomówić otwarcie.

Selim opowiedział mi co widział podczas swojej wędrówki. A przebył sułtanaty Alhoru i Kangurry, był w Egipcie. Z Egiptu przekazał list patriarchy Cynty do papieża europejskiego. Przywiózł też z Egiptu list od Cyryla, patriarchy kościoła egipskiego do patriarchy Cynty. Obydwa listy były skrzętnie ukryte choć mimo przebiegłości omal nie zostały odnalezione przez żołnierzy sułtana Alhoru. Wyprawy na te tereny były coraz bardziej niebezpieczne a ryzyko coraz większe. Potem chwilę rozmawialiśmy jeszcze o jego podróży i opowiadał naprawdę ciekawe i zajmujące rzeczy. Pod koniec tej pouczającej pogawędki weszła do komnaty moja żona Akmena. Skłoniła się z właściwym jej wdziękiem a my obaj wstaliśmy. Selim bił głową pokłony schlebiając jej urodzie w wyszukanych słowach, czego ona słuchała z uśmiechem. Której to kobiecie nie sprawiłyby przyjemności jego słowa! Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań po czym odprawiłem Selima polecając mu przyjść jutro i wskazałem Akmenie krzesło. Powiedziała, że zajmie chwilę tylko, przypomniała mi o tym, że dzisiaj córka nasza Gotfryda ma wyruszyć by rozpocząć naukę w szkole dla kandydatek na członkinie Zakonu Wiktorianek w Al Nazir. Chciała ją tam osobiście zawieźć na co wyraziłem zgodę. Zresztą Al Nazir jest jednym z najbezpieczniejszych miejsc w cesarstwie, zważywszy położenie i siedzibę Zakonu Św. Wiktorii z Sabiny. Za trzy tygodniei przybędzie do Cynty na zgromadzenie Wielkiej Kapituły Wielka Mistrzyni tegoż zakonu, Wiktoria IX Saja III i przy okazji miałem zamiar z nią porozmawiać o edukacji mojej córki.

Moje panie miały wyruszyć zaraz po obiedzie, kiedy minie największy upał. Pojadą przez Akrak i Asul. Postanowiłem już wcześniej, że dla eskorty pójdzie z nimi czterystu żołnierzy piechoty z zamku cesarskiego i pięciuset konnych leonnitów z komturii. Dowództwo powierzyłem mistrzowi Alikaremu.

Po wizycie cesarzowej odbyłem jeszcze rozmowy z sekretarzem i strażnikiem pieczęci. Potem spotkałem się ze strażnikiem skarbca a na koniec z moim radcą w sprawach dyplomacji – wielkim hrabią Belicji, Jahią de Braho.

Od dwu miesięcy zabiegałem u sułtana Agrebu, Hossama Ayada o spotkanie. Moi posłowie zaproponowali sułtanowi, aby spotkanie nastąpiło na maleńkiej wysepce leżącej w połowie drogi między wybrzeżami naszych państw, na neutralnym gruncie. Tylko ja i tylko on. Przypłyniemy na wyspę małymi łodziami, zostawiając po jednym okręcie w pobliżu wyspy a swoje floty w zasięgu wzroku. Moi szpiedzy na dworze sułtana donieśli mi, że takie spotkanie jest możliwe. Napisałem więc w liście do sułtana, że skoro nie możemy podpisać żadnego porozumienia, możemy pewne rzeczy ustalić ustnie. Schlebiłem mu iż jest władcą honorowym i prawym, zresztą tak mi go opisano w raportach. Ani ja nie byłem w stanie zająć jego kraju, ani on nie miał dość sił aby zniszczyć moją flotę i zająć moje forty na wybrzeżu. Tymczasem jego okręty napadały na moje statki handlowe a moje kaperskie zaciekle tropiły na mój rozkaz jego statki. Traciliśmy więc obydwaj, nie posuwając się ani o krok do przodu. Mnie szczególnie zależało na handlu z Indiami i z krajami do których docierały moje statki płynąc wzdłuż wybrzeża afrykańskiego.

Wczoraj dotarła odpowiedź od sułtana Hossama Ayada, iż wyraża zgodę na zaproponowane warunki lecz to jego rzemieślnicy a nie moi zbudują na wysepce dach na słupach chroniący od słońca. Potem po pięciu ludzi ode mnie i pięciu jego wyląduje na wyspie i obejrzą wszystko dokładnie aby żadnego podstępu nie było z żadnej strony. Dopiero wtedy jego i moja flota zbliżą się na odległość zasięgu wzroku a po jednym dużym okręcie na odległość strzału z kuszy do wyspy. Nasze łodzie mają mieć po dwóch wioślarzy, którzy nie opuszczą swoich miejsc kiedy my będziemy rozmawiać. Przystałem na warunki i zaproponowałem spotkanie za pięć dni.(...)